+follow dashboard POST SPIS SABATO KAONASHIFRIENDS
"Just another fuckin' love story" - XI
niedziela, 15 czerwca 2014 • 07:48 • 4 comments

Rozdział dla Pani, która wytknęła mi tę nieszczęsną "opatrzność", dziękuję! :)
_____________________________________________________

Kiedy już zmusił się do uniesienia ociężałych powiek, nie zobaczył go leżącego obok, tak jakby sobie tego życzył. Powoli podniósł się ze skrzypiącego materaca i potarł oczy, próbując odgonić resztki snu. Przez uchylone okno wpadały przymglone promienie słoneczne, a chłodne powietrze wolno wypełniało salon. Frank zadrżał, z powrotem otulając się kocem, który Gerard znalazł dla niego wcześniejszego wieczora. Wziął głębszy wdech, po czym westchnął cicho, gdyż na moment powróciły do niego doznania wcześniejszego dnia. Wszystkie uczucia i emocje, wszystko -  łącznie ze smakiem ust Waya, ciepłem jego dłoni, lekkim zapachem perfum i brzmieniem głosu. Wszystko to, co było jego ratunkiem i pozwoliło mu nie zwariować.

- Dzień dobry – usłyszał za sobą.

Odwrócił się i uśmiechnął, gdy zobaczył Gerarda nonszalancko opierającego się o framugę drzwi. Ubrany był w nieco zbyt duży bordowy sweter i czarne jeansy, a w dłoniach trzymał dwa kubki. Frank nie przywykł do oglądania go w czymś poza ciemnymi koszulami, lecz nie narzekał -  wręcz przeciwnie, doszedł do wniosku, że w tym domowym wydaniu Way wydaje mu się jeszcze bardziej pociągający i na swój sposób uroczy.

- Cześć – odpowiedział wciąż jeszcze zaspanym głosem.
- Dobrze spałeś?
- Całkiem nieźle, dzięki.

A potem Gerard wyciągnął przed siebie jeden z kubków i podał go Frankowi, cały czas uśmiechając się szeroko. Pierwszy raz od miesięcy czuł się naprawdę dobrze i miał ochotę przeżyć, a nie jedynie przewegetować nadchodzący dzień. Chciał wrócić do rysowania, lecz nie po to, żeby zapomnieć o otaczającej go codzienności, a po to, by stworzyć coś naprawdę wartościowego z czego mógłby być dumny. Chciał pójść na spacer, zadzwonić do Sharon, zrobić zakupy, uprać firanki, upiec biszkopt i odkurzyć mieszkanie. Pomimo jesieni za oknem, Gerard czuł się wyjątkowo wiosennie. Pewnie dlatego uśmiechnął się jeszcze szerzej, a potem obrzucił Franka przeciągłym spojrzeniem i zobaczył, że szczelnie otulony kocem chłopak drży.

- Zimno ci?
- Tylko trochę chłodno.
- Wybacz, chciałem wpuścić trochę powietrza. Ciężko się oddycha – wyjaśnił przepraszającym tonem.
- W porządku.

Frank pociągnął łyk herbaty z ofiarowanego mu kubka i przymknął powieki, rozkoszując się ciepłem, które powoli wypełniało jego gardło. Cały ten czas przyglądał się Gerardowi, zastanawiając się czy powinien w jakiś sposób nawiązać do wydarzeń poprzedniego wieczora, czy lepiej przemilczeń i liczyć, że wszystko samo się potoczy. Na tamtą chwilę zdecydowanie preferował tę drugą opcję, dlatego jedynie uśmiechnął się blado i, jak gdyby dopiero sobie przypomniał, dodał:

- A co u ciebie? Słyszałem, że świetnie idzie ci w pracy. Podobno nieźle rokujesz – zaśmiał się.
- Można tak powiedzieć. Znalazłem wydawcę, pierwsze dwa tomy już za nami i wygląda na to, że ludziom się podoba. Trochę pracuję w reklamie, aktualnie zajmuję się jeszcze kilkoma projektami. Wiesz, nie zostaje zbyt wiele czasu na coś poza pracą, ale to nie przeszkadza, kiedy się to lubi. Chyba mogę powiedzieć, że jestem zadowolony i mam nadzieję, że pójdzie tak dalej, bo Nowy Jork staje się cholernie drogi.
- To świetnie. To znaczy, świetnie, że tak dobrze ci idzie. Marzenie każdego artysty, prawda?
- Pewnie tak. Samo zarabianie na swojej pasji jest nieziemskie.

Iero patrzył na rozpromienionego Gerarda i sam uśmiechał się pod nosem, właściwie nie wiedząc czemu. Po prostu czuł coś na kształt ulgi, gdy ten opowiadał o swoim życiu, które Frankowi wydawało się całkiem udane i mimo że trochę mu zazdrościł, cieszył się jego szczęściem. Przez to sam był szczęśliwy. Świadomość, że wciąż jest zdolny do dzielenia czyjejś radości sprawiała, iż wierzył, że Danny nie miał racji, a właśnie tego wtedy potrzebował. Potrzebował świadomości, że jego chłopak się mylił, mówiąc te wszystkie rzeczy. Potrzebował po raz kolejny od nowa ułożyć sobie życie, przestać się obwiniać i pożegnać z przeszłością.

- Chciałbyś zobaczyć jakieś moje prace? – Z zamyślenia wyrwał go ciepły głos Gerarda.
- Pewnie – odpowiedział szybko, a w jego głosie zabrzmiał szczery entuzjazm.

Podszedł za Gerardem do biurka i przyglądał się, jak Way zaczyna wyciągać opasłe szkicowniki, teczki i segregatory z szuflad i mimo że nie widział wtedy jego oczu, był pewien, że lśnią tym niezwykłym blaskiem, który miał okazję zobaczyć już kilka razy. Ciemne włosy po raz kolejny opadły mu na twarz, lecz zdawał się w ogóle tego nie zauważać, całą swoją uwagę poświęcając szukaniu rysunków, które mogłyby zainteresować Franka. Kilkanaście sekund później całe biurko zapełnione było czarno-białymi szkicami, scenami bitewnymi, a nawet – co zdziwiło Iero najbardziej – pejzażami. I pierwszym co dostrzegł był bezdyskusyjny talent Waya.

- Nad tym jeszcze pracuję. Nie potrafię go skończyć… Nie wiem, wciąż czegoś mi brakuje – mruknął, podając Frankowi kartkę z pozornie skończoną pracą. – Wydaje się takie martwe. Chciałem stworzyć głównego bohatera do mocno groteskowego projektu, ale chyba nic z tego nie wyjdzie. – Skrzywił się.
- Powinieneś poprawić saturację. Większe nasycenie i jestem pewien, że będzie dobrze.

Frank uśmiechnął się lekko i podniósł jedną z kredek, po czym posłał Gerardowi pytające spojrzenie, a gdy ten skinął głowę, zaczął kolorować, w pełni skupiając się na barwach. Nawet nie zauważył, kiedy Way usiadł na krześle obok i nachylił się nad nim tak, że kosmyki ciemnych włosów połaskotały jego policzek. Nawet nie zwrócił uwagi na przyjemne ciepło drugiego ciała ani delikatny zapach perfum. Umknął mu również moment, w którym ręka chłopaka znalazła się na jego własnym ramieniu, a jego szczupłe palce powoli zaczęły gładzić materiał koszulki. Podniósł głowę dopiero wtedy, kiedy ostatnim pociągnięciem kredki skończył rysunek.
Już chciał spytać co Gerard sądzi o takich poprawkach, lecz gdy zobaczył jego twarz kilka centymetrów od swojej, zamrugał gwałtownie i nerwowo odgarnął włosy z twarzy. Przez moment myślał nawet, żeby się odsunąć, ale chwilę później dotarło do niego, że taka bliskość jest całkiem przyjemna, dlatego tylko uśmiechnął się słabo i porozumiewawczo przesunął językiem po swojej dolnej wardze. Patrzył jak Way lekko blednie, a w jego oczach pojawiło się coś na kształt zaintrygowania i pragnienia. Kontynuował swój mały teatrzyk, lekko rozchylając wargi i wpatrując się w Gerarda intensywnie. Poczuł jak chłopak niepewnie kładzie rękę na jego kolanie. Uniósł dłoń i najdelikatniej jak potrafił pogładził policzek Waya, obdarzając go czułym spojrzeniem. Już miał zbliżyć usta do jego ucha i wyszeptać kilka miłych słów, gdy nagle ponownie napotkał bladozielone oczy Gerarda. Zobaczył w nich jeszcze większą fascynację niż poprzednio, niemą prośbę i ogromną potrzebę, a wszystko to tak go rozbawiło, że nie był w stanie kontynuować przedstawienia i wybuchnął śmiechem. Oparł czoło w zagłębieniu pomiędzy jego szyją a ramieniem i odezwał się, ledwie łapiąc oddech.

- Boże, Gee, powinieneś się teraz zobaczyć. Swoją twarz, Chryste! – Jego ciałem wstrząsnęły spazmy śmiechu. – Wyglądasz… O matko, wyglądasz komicznie – zachichotał.
- Jesteś potworem, Frank. Jesteś, kurwa, potworem.
- Nie uważasz tak. Naprawdę sądzisz, że jestem niezwykle pociągającym młodym człowiekiem, prawda Gerard? Przyznaj, że uważasz, że jestem wyjątkowo seksowny – mówił, nie przestając się śmiać.
- Spierdalaj – warknął.
- Ależ kiciu, ranisz moje uczucia – mruknął, po czym spróbował posłać chłopakowi skrzywdzone spojrzenie, lecz i to się nie udało, gdyż zdradził go szeroki uśmiech i radosne iskierki w miodowych oczach.
- Zdechniesz, wołając moje imię, Frank.
- O… Nie wiedziałem, że jesteś aż tak dobry w te klocki.

A potem mimo wyraźnych starań, by zachować powagę, Gerard również zachichotał, co sprawiło, że serce Franka drgnęło. Przez chwilę przypatrywał się jak pochyla głowę w kolejnym napadzie śmiechu, jak jego twarz cała promienieje, jak podciągnięte do łokci rękawy swetra zsuwają się na nadgarstki. I przez chwilę miał ochotę ująć te twarz w obie dłonie, a potem odnaleźć jego usta i odnaleźć dłonie i całe ciało. Przez chwilę miał ochotę rzucić wszystko i do końca życia jedynie uszczęśliwiać Gerarda, by móc patrzeć na jego uśmiech.

- Co jest? – Usłyszał.
- Nic. Po prostu całkiem ładnie wyglądasz, gdy się uśmiechasz. Powinieneś robić to częściej – odpowiedział nieco nieśmiało, nieświadomie zaciskając palce na materiale spodni.
- Czyli to jednak ja jestem Panem Seksownym, co? - Nagle znalazł się tuż przy uchu Franka, sprawiając, że przez jego kręgosłup przebiegły dreszcze.

Iero nie znosił tych momentów, w których Gerard zupełnie nie był świadomy tego, jak zmysłowy i pociągający potrafi być, nawet kiedy wcale się nie stara. Wtedy Frank tracił kontrolę i jedynym wyjściem było poddanie się urokowi Waya, a nie lubił tej świadomości, że Gerard mógłby poprosić o absolutnie wszystko, a on i tak zrobiłby to dla niego. „Tak, Gerard, jesteś cholernie seksowny” – przemknęło mu przez głowę.
Właściwie nawet nie zauważył, w którym momencie ich krótkiej znajomości zaczął odczuwać coś takiego, ale miał wrażenie, że reagował w ten sposób odkąd tylko zobaczył go po raz pierwszy. Chyba właśnie ten nieopisany urok zmusił go do odezwania się w metrze i ten sam urok zmuszał go do wszystkiego, co działo się później. I mimo iż Frank Iero nie lubił tracić kontroli, zdecydował, że jeszcze ostatni raz zaufa swojej intuicji i pozwoli sprawom toczyć się samym. Bo przecież zawsze jest coś do zyskania, prawda? Pewnie dlatego obrzucił Gerarda przeciągłym spojrzeniem i po kilku sekundach odezwał się jakby z wahaniem:

- Chciałbym ci coś pokazać. Ale musimy pojechać do mnie.


***


Jakieś pół godziny później zatrzymali się przed wejściem do niskiego, czerwonego budynku z wielkim czarnym „Toxic art” wypisanym na szklanych drzwiach. Frank wyszedł z samochodu Gerarda, po czym zatrzasnął za sobą drzwi i sprężystym krokiem, jak gdyby nie mógł się doczekać aż pokaże chłopakowi studio, podszedł do wejścia. Z kieszeni obcisłych spodni wydobył klucz i pewnie przekręcił go w zamku, a potem gestem zaprosił Waya do środka, uśmiechając się promiennie. Dzień stawał się lepszy z każdą chwilą.
Wnętrze sprawiało wrażenie niezwykle surowego i niewykończonego, jednak Gerard od razu wczuł się w klimat i zaczął niespokojnie rozglądać się po niezbyt dużym pomieszczeniu. Ceglane ściany, dużo luster, kilka podświetlanych stolików przygotowanych dla przyszłych tatuatorów, fotele nieco przypominające dentystyczne. Sporo typowo meksykańskich akcentów, wielkie biurko dla menadżera, podłoga wyłożona ciemnymi panelami i naprawdę niewiele wolnej przestrzeni. Gerardowi spodobało się od razu. Przeszedł się kilka razy po pokoju, opuszkami palców sunąc po meblach i przedmiotach, które – mimo iż całkiem zwyczajne – wydały mu się niezwykle fascynujące. Obrzucił Franka rozentuzjazmowanym spojrzeniem.

- Frank, to jest… To jest genialne! Sam urządzałeś? – spytał.
- Trochę. Ten meksykański design to mój pomysł, ale wykonanie zostawiłem chłopakom i poradzili sobie świetnie. Długo to wszystko trwało, myślałem, że przed zimą nie otworzymy, a wygląda na to, że za parę tygodni możemy zaczynać. Wiele im zawdzięczam.
- Będziesz tatuować czy tylko nadzorujesz?
- Tatuuję. Szczerze mówiąc, biznes nie jest moją mocną stroną, tym zajmuje się Simon – wzruszył ramionami. – Wciąż jeszcze szukamy ludzi do pracy, póki co jestem tylko ja i Neil. Na początek to wystarczy, ale potem trzeba będzie poważnie pomyśleć o kimś dodatkowym.
- Pewnie tak – powiedział, uśmiechając się lekko.
- Właściwie… Nie to chciałem ci pokazać – rzucił szybko. – Znaczy, to też, ale jest coś jeszcze.

Gerard posłał mu pytające spojrzenie, ale Frank nie zwrócił na nie uwagi – jedynie odwrócił się i powędrował gdzieś za biurko, by po chwili wyłonić się ponownie. Skinął na Waya i gdy ten podszedł, zobaczył wejście do kolejnego pomieszczenia przysłonięte czymś przypominającym wyjątkowo wzorzysty dywan.

- Tutaj kiedyś będą drzwi – wyjaśnił Frank, wykonując dziwny gest w powietrzu.

Odsunął płachtę i, nie czekając na Gerarda, wsunął się do środka. Kilka sekund później oboje stali już w klaustrofobicznym, ciemnym pokoju. Way usłyszał tylko szuranie, szczęk zamka i odgłos rozpalanej zapałki, a już po chwili twarz Franka rozjaśniło anemiczne, żółte światło. Potem zapłonęło jeszcze kilka świeczek, tak, że po jakimś czasie Gerard mógł zobaczyć już, że znajdują się w czymś przypominającym połączenie schowka z pracownią. Posłał Iero pytające spojrzenie, lecz ten nie spieszył się z jakimikolwiek wyjaśnieniami, a jedynie wpatrywał się w niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Gerad przeczesał włosy.

- Więc… Gdzie jesteśmy?
- To moja pracownia – potwierdził jego przypuszczenia. – Kiedyś będzie tu prąd – zaśmiał się.

Kiedy oczy Waya przyzwyczaiły się do półmroku, rozejrzał się dokładniej. Całe ściany wyklejone były wycinkami z gazet, strzępkami kartek, niewielkimi rysunkami, szkicami i etykietami oderwanymi od butelek farby, a jakieś pięćdziesiąt centymetrów od miejsca, w którym stali, znajdował się rozklekotany stolik i krzesło. W przeciwległym kącie leżało za to wszystko, co potrzebne artyście – bloki, podobrazia, pędzle, pudełka kredek, markery, ołówki i mnóstwo innych rzeczy, których Gerard nie potrafił zidentyfikować z powodu warstwy kurzu, która je pokrywała. Uśmiechnął się pod nosem, gdyż przywodziło mu to na myśl brudną piwnicę w jego rodzinnym domu, w której sam kiedyś tworzył. Odwrócił się do Franka i z udawanym obrzydzeniem mruknął:

- No, mój drogi, wygląda to tragicznie.
- Dzięki.
- Jak ty w ogóle pracujesz w tych ciemnościach?
- Świece, latarki, lampki na baterie. Może nie jest idealnie, ale za to przyznaj, że klimat jest zajebisty – wyszczerzył się. – Chcesz zobaczyć nad czym teraz pracuję?
- Pewnie.

Po raz kolejny sięgnął do trzeszczącej szuflady i wyjął z niej gruby zeszyt, który podał Gerardowi z pewną dozą niepewności - w końcu z nich dwóch tylko Way mógł nazwać się wykształconym rysownikiem. Odwrócił się, nie chcąc widzieć wyrazu jego twarzy, kiedy przeglądał prace. Osunął się po ścianie i usiadł na podłodze, wlepiając wzrok w dłonie, co jakiś czas spoglądając na chłopaka. Czas płynął powoli.

- Frank…
- Co jest?
- Nic, nic, tylko… Czemu mnie rysowałeś?

I w tamtym momencie serce Franka zatrzymało się na krótką chwilę, a on sam poczuł jak drętwieją mu wszystkie kończyny. Nie mógł nawet wstać, aby szybko wyrwać szkicownik z rąk Gerarda, mógł jedynie patrzeć jak ten odwraca zeszyt w jego stronę i pokazuje mu rysunek sprzed kilku miesięcy. Czarno – biały, niedopracowany obrazek, na którym jednak bez problemu można było dostrzec niewielką postać siedzącą na ławce przed uczelnią. I nawet gdyby Frank chciał spróbować zaprzeczyć, wiedział, że nie ma takiego argumentu, dzięki któremu Way by uwierzył. Dlatego jedynie pochylił głowę i przygryzł wargę, czując się jakby właśnie został przyłapany na gorącym uczynku. To już nie był łagodny flirt, ani żartobliwe droczenie się – to było jak wyznanie, któremu Iero w żaden sposób nie potrafił zaprzeczyć. Jeden rysunek stał się jego gwoździem do trumny, a przynajmniej tak sądził tamtego wrześniowego południa, kuląc się na podłodze własnej pracowni.
Cisza zdawała się cięższa z każdą chwilą i nagle nazwa studia – „Toxic Art” – wydała się Frankowi wyjątkowo adekwatna, dlatego prawie się zaśmiał. Gerard nie odezwał się, a jedynie kucnął obok, natarczywie przyglądając się chłopakowi. Czy to było właśnie to, na co czekał? Tego właśnie chciał? Jeśli tak, właśnie to dostał – potwierdzenie, że może jednak Frank coś do niego czuje, że myślał o nim wtedy, kiedy był z Dannym. Dowód, że warto spróbować. Dlatego uniósł dłoń i położył ją na jego policzku, delikatnie pocierając skórę. Iero nie spojrzał na niego, wciąż uparcie wpatrując się w swoje zaciśnięte dłonie. Gerard powoli rozplótł palce Franka, a potem uniósł jego podbródek, zmuszając go, by na niego spojrzał. Przez chwilę uciekał jeszcze oczyma, lecz już kilka sekund później podniósł wzrok, zaciskając usta w wąską linię.

- To nic. Często cię tam widywałem, czekałem na Danny’ego, nudziłem się.
- Rysunek jest z sierpnia. Nie widziałeś mnie od kilku miesięcy.

Frank nie odpowiedział.

- Dlaczego po prostu nie powiesz, że tęskniłeś? – warknął, nieumyślnie ściskając jego nadgarstki.

Wciąż nie odezwał się ani słowem – jedynie wpatrywał się w bladozielone oczy Gerarda przepełnione mieszaniną złości i żalu. Wtulił policzek w jego dłoń, przymykając powieki. Westchnął cicho, wiedząc, że nie może – nie mogą – dłużej tego ciągnąć, oszukiwać się i udawać, że są jedynie dobrymi znajomymi, a wszystko co dla siebie robią wynika z życzliwości. Dlatego przyciągnął jego dłoń do ust i złożył lekki pocałunek na przegubie. Spojrzał mu w oczy, szukając w nich przyzwolenia, lecz zobaczył tylko pustkę. Złapał Gerarda za ramiona i pchnął go na ścianę, a potem usiadł na nim okrakiem i nosem powiódł po jego policzku, mrucząc cicho. Dłonie zaplótł na szyi chłopaka i trwał tak przez chwilę, nie odzywając się. Jednocześnie modlił się, by to Way coś powiedział, lecz ten nawet go nie dotknął. Dlatego przejął inicjatywę i powiódł dłońmi w dół jego klatki piersiowej, a potem wsunął je pod materiał swetra. Gerard zadrżał. Frank nachylił się i zaczął całować szyję Waya, wsłuchując się w jego ciche pomruki. Ustami powiódł po linii szczęki, coraz śmielej gładząc plecy chłopaka, aż wreszcie odnalazł jego usta i pocałował go – najpierw leniwie i czule, potem niemal brutalnie. W momencie, w którym oderwał się na chwilę, by wziąć głębszy oddech, napotkał jego oczy i zobaczył w nich niepewność i… niechęć? Frank nie był pewien. Złożył jeszcze kilka szybkich pocałunków na jego ustach, a potem skupił się na dłoniach, którymi sunął już po wewnętrznej stronie ud. Z gardła Gerarda wydobył się stłumiony jęk, więc Iero uśmiechnął się nieco ironicznie. I kiedy już miał położyć rękę na kroczu Waya, a potem rozpiąć jego spodnie, poczuł jak ten ściska jego dłonie. Uniósł głowę i spojrzał na niego pytająco, lecz zobaczył tylko burzę ciemnych włosów przysłaniających bladą twarz. Dlatego odgarnął je i, modląc się, by Gerard nie usłyszał w jego głosie irytacji, spytał:

- Co jest? Wszystko w porządku?

Minęło kilkanaście sekund zanim zdobył się na odpowiedź.

- Nie, nie do końca. Frank, ja jednak nie potrafię w taki sposób. Rozumiesz? – spytał niemal szeptem.
- Nie. Chyba nie – mruknął.

Gerard zacisnął dłonie w pięści i zebrał całą swoją odwagę, po czym spojrzał mu w oczy.

- Po prostu… Musimy poważnie porozmawiać, Frank.


"Just another fuckin' love story" - X
czwartek, 29 maja 2014 • 12:26 • 3 comments

Piętnaście minut później Gerard był już ubrany i siedział w samochodzie, przypatrując się swojemu odbiciu w lusterku. Miał roztrzepane włosy, poszarzałą skórę i podkrążone, zmęczone oczy, ale wbrew wszystkiemu jeden telefon sprawił, że poczuł się szczęśliwszy niż w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Ciepły i łagodny, ale dziwnie roztrzęsiony głos Franka w sekundzie sprawił, że w Gerarda wstąpiło życie. Prawie miał przed oczyma jego twarz, oczy, włosy – prawie widział tatuaże, prawie czuł jego zapach. I w ten wrześniowy poranek, siedząc w zagraconym samochodzie, poczuł się wyjątkowo samotny i westchnął cicho.
Przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył. Miał nadzieję, że uda mu się wyjechać z centrum zanim znacznie się największy ruch, gdyż w innym przypadku nie dotarłby do Franka wcześniej niż przed piątą po południu. Nie wiedział, co dokładnie się stało –  Iero powiedział jedynie, że potrzebuje pomocy, podał miasto i ulicę. Potem dodał, że będzie  gdzieś w okolicy, i że nie wie jak się Gerardowi odwdzięczy, i że przeprasza. Gerard nie chciał, żeby przepraszał. Ba, nie chciał nawet, żeby dziękował. Wystarczy mu, jeżeli już za parę godzin będzie mógł z nim wypić kawę, siedząc na blacie kuchennym w swoim mieszkaniu, tak jak kilka miesięcy wcześniej.
Na miejsce dotarł dopiero o czwartej i kiedy tylko zaparkował samochód, wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się. Powietrze było tak samo gorące i tak samo ciężkie jak wcześniejszego dnia. Wydało się być przepełnione piaskiem i Gerard miał wrażenie, że z każdym wdechem drobinki ziemi osiadają w jego gardle i płucach. Odgarnął z czoła kilka kosmyków włosów i ruszył przed siebie wąskim chodnikiem. Był prawie pewien, że nie znajdzie Franka w żadnej kawiarni, ani w żadnym innym miejscu, gdzie można spodziewać się ludzi, dlatego od razu zrezygnował z poruszania się główną drogą i skręcił w węższą uliczkę.
Znalazł go jakieś pół godziny później. Siedział na ławce z kolanami podciągniętymi pod brodę i niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w jakiś odległy punkt. Ramiona miał przygarbione, a ciemne włosy opadały mu na oczy. Nie takiego Gerard go zapamiętał, lecz jeszcze wtedy był pewien, że to efekt zmęczenia -  w końcu czekał na niego tyle godzin, a dzień był wyjątkowo upalny. Podszedł powoli i mimo że wcale nie starał się być cicho, Frank go nie zauważył. Prawie podskoczył, kiedy poczuł rękę Gerarda na ramieniu.

- Boże, przestraszyłeś mnie – powiedział, a jego głos wydał się Wayowi niezwykle słaby i cichy. – Dzięki, że przyjechałeś – dorzucił po chwili.
- Nie ma sprawy. Powiedz mi tylko, jak to się stało. Jak, do cholery, się tutaj znalazłeś?
- Możemy potem? – Spróbował posłać Gerardowi przepraszające spojrzenie, lecz przez jego twarz przemknął grymas zniecierpliwienia. – Chciałbym być już w domu.
- Pewnie – odpowiedział. – Dobrze się czujesz? Średnio wyglądasz, jeśli mam być szczery.
- Tak samo się czuję.
- Coś cię boli może?
- Nie.
- Chcesz pójść gdzieś, żeby się napić?
- Zabierz mnie tylko do domu, okej?

Gerarda nieco zaskoczył jego oschły ton, lecz postanowił nie zdawać pytań – dzieciak wyglądał na podłamanego i, z pewnością, nie potrzebował dobijania. Dlatego jedynie delikatnie poklepał Franka po plecach i posłał mu pokrzepiający uśmiech, nie odzywając się już ani słowem. Dobrze wiedział, że czasem milczenie jest najlepszym lekarstwem. No, może nie tak dobrym jak alkohol, dlatego po cichu obiecał sobie, że kiedy będą już w Nowym Jorku zaprosi Franka na coś zdecydowanie mocniejszego niż kawa. Potrzebował tego.

***

Starał się nie patrzeć, nie odwracać głowy, nie mówić i oddychać najciszej jak to możliwe – naprawdę próbował nie istnieć. Wyglądał jedynie przez okno, całą swoją uwagę skupiając na nieskończenie ogromnych polach, niemożliwie błękitnym niebie i owadach, które co jakiś czas wlatywały do samochodu przez lekko uchyloną szybę. Skupiał się na wszystkim tylko nie na mężczyźnie siedzącym za kierownicą. Pozwalał sobie jednak na ukradkowe spojrzenia, dzięki którym dostrzegł, że czoło Gerarda lśni już od potu, i że mimo iż nawet jego włosy wydają się zmęczone, oczy wciąż ma roziskrzone, czujne i piękne.

- Dlaczego mi się przyglądasz? – Way wygiął usta w ironicznym uśmiechu, a prawą dłoń zdjął z kierownicy i położył na swoim udzie, jak gdyby chciał tym przyciągnąć uwagę Franka.

Iero milczał. Posłał mu tylko nieco przygaszony uśmiech i smutne spojrzenie półprzymkniętych oczu. Jeżeli wcześniej część jego świadomości (ta, która już dawno spisała związek z Dannym na straty) błagała o to, by Gerard chociaż zwrócił na niego uwagę, to teraz nie miał chęci nie tylko na flirt, ale nawet na zwyczajną rozmowę. Właściwie to nie miał chęci na nic, nie potrzebował niczego i nie pragnął niczego poza snem. Czuł, że musi się wyłączyć, odpocząć, pozwolić otępiałemu mózgowi przetworzyć wydarzenia ostatnich godzin. Byle tylko nie myśleć, nie rozpamiętywać i nie szukać winnych. Byle tylko podjąć decyzje, których nie będzie żałował.

– Słuchaj, przepraszam – wydusił. - Obudziłem cię, zmusiłem, żebyś wsiadł do samochodu i przejechał pół świata, żeby zawieźć moją dupę z powrotem do Nowego Jorku. Nawet jeszcze nie odpłaciłem ci się za tamto, a znowu mam u ciebie dług. Po prostu… Dzięki. Bez ciebie zgniłbym na tym cholernym zadupiu.
- Nie ma za co. A o tamtym zapomnij, to nic wielkiego. Chociaż faktycznie dość często wpadasz w kłopoty.
- Ta, zdarza mi się.
- Każdemu się zdarza.
- Ale mnie wyjątkowo często, prawda?
- Jeśli mam być szczery… Jeśli mam być szczery, to wyrabiasz normę za całą pierdoloną Amerykę.
I Frank zaśmiał się pierwszy raz tego dnia.


***


- Powinienem spytać wcześniej, ale… - Zaczął łagodnie.
- Pytaj.
- Gdzie cię zawieźć? Do Danny’ego, rodziców… Nie wiem, masz coś swojego?

Frank zadrżał na dźwięk imienia swojego chłopaka, a właściwie – byłego chłopaka, gdyż powoli docierała do niego myśl, że wszystko między nimi skończone, i że nie ma czego ratować, nawet jeśli chciałby spróbować. Oparł głowę na złożonych dłoniach i w milczeniu trwał przez kilka minut, w duchu dziękując Gerardowi, że nie nalega. W tamtej chwili Frank potrzebował naprawdę wiele cierpliwości, a Way to rozumiał, dlatego całą swoją uwagę skupił na drodze, jak gdyby w ten sposób chciał dać chłopakowi do zrozumienia, że jest po jego stronie. W rzeczywistości naprawdę się martwił. Chociaż może nie tyle martwił, co niepokoił. Już dawno przyłapał się na tym, że wobec Franka żywi znacznie cieplejsze uczucia niż wobec reszty swoich znajomych (z wyjątkiem Sharon), lecz przed samym sobą tłumaczył to po prostu urokiem osobistym Iero.

- Mam takie małe studio tatuażu. Niedługo otwarcie, to miłe miejsce. Możesz mnie tam podrzucić – przerwał ciszę, nerwowo skubiąc rękaw przewiązanej w pasie bluzy.
- Jesteś pewien? Masz tam rzeczy, miejsce do spania? –  Uniósł brwi i obrzucił go wzrokiem, w którym Frank mógłby dostrzec szczerą troskę, gdyby tylko spojrzał na Gerarda.
- Daję sobie radę.
- Nie wątpię. Chciałem tylko powiedzieć, że jeśli potrzebujesz trochę czasu, żeby jakoś się ogarnąć i coś zorganizować to nie ma sprawy. Możesz zostać u mnie na trochę. Moje mieszkanie chyba nie jest takie złe, co?
- Nie jest – odpowiedział lakonicznie.
- Więc jak będzie?
- Nie chciałbym sprawiać ci kłopotów.
- Nie sprawiasz.
- Jesteś pewien? Myślę, że ostatnim razem nie byłeś zbyt zadowolony z mojego towarzystwa skoro sam się wyprowadziłeś – syknął, lecz zaraz pokręcił głową. – Przepraszam, nie to miałem na myśli. Dzięki za pomoc, znowu. Jeśli to naprawdę nie problem, chciałbym zostać u ciebie dzisiaj.
- Pewnie, ale tym razem to ty śpisz na podłodze. – Uśmiechnął się, pozwalając by kilka kosmyków włosów wyślizgnęło się z prowizorycznego kucyka i opadło na czoło.

Frank nie zastanawiał się ani chwili – uniósł rękę i delikatnie przyłożył ją do gorącego policzka Gerarda, nie wiele myśląc nad tym co robi. Kciukiem pogładził skórę, a potem jakby od niechcenia odgarnął włosy z jego czoła. Trwało to może kilka sekund, ale doskonale czuł jak oddech Waya przyspieszył a jego serce nabrało szaleńczego tempa i Frank skłamałby, gdyby powiedział, że nie spodobało mu się to. Jeszcze tylko uniósł wzrok na tyle, by mógł spojrzeć Gerardowi w oczy i zobaczył, że się uśmiecha. Lekko i nieco anemicznie, ale tak jasno, że Iero poczuł jak jego gardło się zaciska i nie potrafił wydusić nawet słowa. Jego palce zaczęły lekko drżeć, dlatego natychmiast uciekł wzrokiem i z prędkością światła zabrał dłoń z policzka Gerarda.
W momencie, w którym Iero się odsunął i bez słowa z powrotem wlepił wzrok w szybę, Way poczuł coś w rodzaju chłodu i nieprzyjemnego uczucia pustki, jak gdyby zabrano mu coś ważnego. Dlatego nie odezwał się, a jedynie przygryzł dolną wargę, obrzucił Franka ostatnim, przeciągłym spojrzeniem, a potem ponownie skupił się na drodze, w duchu dziękując niewidzialnej sile, że udało mu się nie spowodować wypadku. Nie rozmawiali aż do czasu, kiedy dwie godziny później wjechali do roziskrzonego milionami świateł Nowego Jorku.
Powietrze nieco się ochłodziło, więc kiedy wysiedli z samochodu, odetchnęli głęboko. Frank uniósł głowę i spojrzał w nieprzeniknione, czarne niebo wyglądające jakby stopniowo pochłaniało wszystko wokół. Przymknął powieki i plecami oparł się o maskę samochodu. Był naprawdę szczęśliwy, że jeden z najgorszych dni w jego życiu dobiegał już końca i dwa razy bardziej szczęśliwy, że jeszcze trochę i wreszcie będzie mógł się położyć. Powłócząc nogami ruszył za Gerardem, który skierował się do swojego mieszkania, nie obrzucając Franka najmniejszym spojrzeniem i Iero zaczął się martwić, że opacznie odczytał jego zachowanie w samochodzie.

- Witam ponownie – mruknął Gerard, kiedy otworzył przed Frankiem drzwi.

Wszedł do środka i z zadowoleniem stwierdził, że od jego ostatniej wizyty niewiele się zmieniło – może jedynie nieco więcej kurzu spoczywało na wszystkich meblach poza biurkiem, przy którym Way pracował. Uśmiechnął się pod nosem, gdyż uświadomił sobie, że w tym miejscu czuje się niemal jak w domu, niemal jak w Bellevile. W tym ciemnym mieszkaniu przez chwilę znowu poczuł się jak nastolatek przyklejający plakaty do ścian plasteliną, pijący wino w butelce od Coli i grający w garażowej kapeli bez perkusisty. Poczuł się jak gdyby czas się cofnął, cała zła przeszłość zniknęła, a pozostała tylko ta dobra. Tylko ta z Belleville.

- W porządku? – Usłyszał głos Gerarda dochodzący z kuchni.
- Tak. Po prostu… Przypomniały mi się czasy, kiedy jeszcze mieszkałem z rodzicami.
- Musiało być nieźle. Samodzielność to nie taka fajna sprawa – zaśmiał się.
- Było. Całe dnie spędzałem na dworze z kumplami ze szkoły. Jeździliśmy na rowerach albo graliśmy na gitarach albo na czymkolwiek. Wiesz, tam człowiek w ogóle nie czuje upływającego czasu, żyjesz z dnia na dzień i to wszystko wydaje się nie kończyć. Nie ma żadnego pędu, nikt się nigdzie nie śpieszy i ludzie są dla siebie tacy mili. To nie jest znowu taka dziura zabita dechami, ale można naprawdę poczuć życie – mówił, a jego głos przepełniony był taką tęsknotą, że Gerardowi ścisnęło się serce.
- W takim razie dlaczego wyjechałeś? Brzmi jakbyś zrobił wszystko, żeby móc tam wrócić.

Przez twarz Franka przemknął grymas, a w jego oczach nagle pojawiło się coś na kształt bólu i niewysłowionego żalu. Nie chciał o tym rozmawiać. Samo mówienie o Belleville było wspaniałe i przez chwilę pozwoliło mu się poczuć jak w domu, lecz naprawdę nie dałby rady wytłumaczyć Gerardowi sytuacji, która zmusiła go do przeprowadzki. Mimo iż minęło już tyle czasu, te wspomnienia wciąż były zbyt świeże i zbyt bolesne dla Franka. Dlatego jedynie uśmiechnął się, po czym przeciągnął i spytał:

- Łazienka na prawo, prawda?
- Umm, tak – odpowiedział, lecz w jego głosie można było wyczuć zdziwienie. – Jesteś pewien, że wszystko dobrze?
- Pewnie. Miałem po prostu ciężkie dwa dni, chyba jestem trochę zmęczony.
- Rozumiem.

A potem Gerard usiadł za sporym, jasnym biurkiem, włączył czerwoną lampkę i zaczął grzebać w szkicach i pozostałych papierach, których Frank nie potrafił zidentyfikować. Jeszcze przez kilka sekund patrzył jak Way sprawnie obraca ołówek w dłoni, a potem odwrócił się i odszedł w stronę łazienki, czując się gorzej niż w ciągu ostatnich kilku (a może i kilkunastu) miesięcy. Mimo że obecność Gerarda naprawdę podnosiła go na duchu, wszystko inne legło w gruzach i Frank nie miał pojęcia, co mógłby jeszcze zrobić.
Cały dzień trzymał się całkiem dobrze, zmuszał się do krótkich rozmów, uśmiechał się i starał nie myśleć o tym, że jego życie właśnie rozpada się po raz kolejny, ale kiedy usiadł na chłodnych kafelkach w łazience Waya, to wszystko powróciło do niego i zaatakowało ze zdwojoną siłą. Natłok myśli, z którymi nie potrafił sobie poradzić, natłok problemów i uczuć, których nie rozumiał. Powróciły do niego emocje wcześniejszej nocy, kiedy rozpadł się związek, w którego włożył całego siebie. Powrócił ból związany z rodziną, wspomnieniami i rodzinnym miastem. Powróciły niejasne uczucia do Gerarda i chyba właśnie dlatego Frank czuł jak wstępuje w niego furia. Złość wypełniła go całego. Zacisnął dłonie w pięści i raz po raz uderzał nimi w podłogę, aż na kafelkach pojawiła się krew. „To nie jest moja wina. Tym razem to nie jest, kurwa, moja wina. Nie mogłem nic zrobić. Nie mogłem…” – myślał. Słowa Danny’ego odbiły się echem w jego głowie. „Wypierdalaj”. „Wypierdalaj, Frank”. Kolejna fala furii zalała go całego. Biała złość, której nie mógł okiełznać.
Wstał i, tak jak kilka miesięcy wcześniej, zaczął chodzić w tę i z powrotem, starając się nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Gorące łzy cisnęły mu się do oczu, a miliony obrazów przelatywały przez jego głowę. Matka, przyjaciele, Bellevielle, Nowy Jork, narkotyki, alkohol i ci wszyscy mężczyźni, na wspomnienie których zbierało mu się na wymioty. Danny – ten, który wyciągnął go z tego całego bagna i dał mu szansę na normalne życie. Gerard – ten, który pomógł mu, gdy wszystko inne już zawiodło. I Frank był naprawdę bezsilny. I mimo że chciał pozbierać się do kupy, zapomnieć i żyć dalej, nie potrafił. Wszystkie jego emocje znalazły ujście w łzach, które popłynęły po jego policzkach. Tamtej nocy obiecał sobie, że to już ostatni raz, kiedy jest słaby. Obiecał sobie, że teraz, kiedy nie ma już nic do stracenia, po raz kolejny zacznie nowe życie.
Kiedy wyszedł, skierował się prosto do salonu. Nie dbał o to jak wygląda, nie dbał o zakrwawione dłonie – w tamtej chwili potrzebował tylko Gerarda. Jego obecności, uwagi, jego całego.
Gerard zobaczył go, kiedy tylko przekroczył próg. Natychmiast podniósł głowę znad papierów, a w jego oczach pojawiło się coś na kształt zdziwienia, współczucia i zrozumienia. Nie powiedział ani słowa, jedynie wstał i podszedł do Franka, który nie poruszył się nawet o milimetr. Oplótł go ramionami i pozwolił, by oparł głowę na jego ramieniu, a potem przycisnął go do siebie. Czuł jak łzy chłopaka wsiąkają w materiał jego koszuli.

- Ciii, Mały. Wiesz, że wszystko się jakoś ułoży – szeptał. – Nie jesteś sam z tym gównem, razem damy sobie radę. Nigdy nie jest tylko źle, wiesz? – Powtarzał, delikatnie gładząc jego plecy.

A Frank nawet nie potrafił się odezwać, jedynie mocniej wbijał palce w plecy Gerarda i modlił się, żeby teraz go nie zostawiał, żeby nie musiał znowu być sam, żeby nie musiał znowu zaczynać od zera. Czuł się żałośnie. Czuł, że Danny miał rację, bo naprawdę był żałosny, kiedy wypłakiwał się Wayowi w rękaw z powodu swoich życiowych niepowodzeń, ale… Potrzebował tego. Potrzebował uczucia, że ma kogoś bliskiego.

- Przepraszam, Gee. Ja… To wszystko mnie przerasta – wyjęczał.
- W porządku, Mały. Każdemu się zdarza, tak?

Nie puścił go. Nie puścił nawet na chwilę. Wciąż trzymał Franka w ramionach, przyciskając tak blisko jak to tylko możliwe i mówił najciszej jak potrafił, żeby go uspokoić. Mimo że sytuacja nie była przyjemna, Gerard musiał przyznać, że czuł się wspaniale, mając go tak blisko. Wtulając nos w jego włosy i gładząc skórę.

- Danny, on… Tyle dla mnie zrobił. Kurwa. Wyciągnął mnie z całego tego syfu, a ja nie byłem wystarczająco dobry i to pewnie moja wina, ale… - Wziął głębszy wdech, próbując powstrzymać drżenie głosu. – Mam dość obwiniania się o wszystko. Jestem tym zmęczony. I wracaniem do przeszłości. On odszedł i zabrał całą moją przeszłość ze sobą. Wszystkie te złe wspomnienia… - urwał.
- W takim razie dlaczego płaczesz? – spytał łagodnie.
- Nie… Nie wiem. Tak nagle straciłem to wszystko.
- Zawsze jest jeszcze coś do stracenia. I mnóstwo do zyskania. Nie wiem dlaczego jesteś w Nowym Jorku, Frankie. Nie wiem nic o twojej relacji z Dannym i o twojej przeszłości, ale to jest już za tobą. Teraz jesteś tutaj. – Ujął podbródek Franka i zmusił, by na niego spojrzał. – I jesteś ze mną.

W jego bladozielonych oczach Iero zobaczył niezachwianą pewność siebie i siłę – wszystko to, czego potrzebował. I nagle poczuł, że Gerard może mieć rację. Poczuł, że może wziąć życie w swoje ręce i niczego już nie żałować. Dlatego zrobił pierwsze, co przyszło mu do głowy i wiedział, że nie będzie żałował.
Jedną z dłoni odnalazł blady policzek Gerarda, a drugą zacisnął na kołnierzyku jego koszuli i szarpnął, zmuszając, by się pochylił. Teraz już nie patrzył mu w oczy, zbyt mocno bał się tego, co mógłby w nich zobaczyć. Dlatego nie zastanawiając się już nad niczym, przycisnął swoje usta do jego, całując zapamiętale. Językiem przesunął po jego dolnej wardze, lecz Gerard pozostał bierny. Delikatnie gładził jego policzek, chcąc bezskutecznie wywołać tym jakąkolwiek reakcję. I już po kilku sekundach impuls, który nim kierował, zniknął, a na jego miejscu pojawiła się powoli rosnąca panika. Już miał się odsunąć, gdy nagle Gerard zapraszająco rozchylił usta, a dłonie – które wcześniej cały czas spoczywały na plecach Franka – położył na jego szyi. I mimo że Frank nie patrzył na niego, czuł, że się uśmiecha. Ostrożnie wsunął język w usta Waya, jak gdyby wciąż bał się, że zostanie odepchnięty, po czym powiódł nim po wewnętrznej stronie jego policzka. Usłyszał cichy pomruk wydobywający się z ust Gerarda. Lekko przygryzł jego dolną wargę i poczuł jak dłonie Waya zaciskają się na jego włosach, więc odsunął się na kilka milimetrów. Z nowymi pokładami odwagi spojrzał mu w oczy.
Były duże, jasne i nieodgadnione, ale Frank przysiągłby, że zobaczył w nich coś na kształt niepewności, lecz również radości. Uśmiechnął się lekko, jak gdyby chciał w ten sposób podziękować Gerardowi.

- Dlaczego to zrobiłeś? – Usłyszał szept tuż przy swoim uchu.


- Bo powiedziałeś, że zawsze jest coś do zyskania – odpowiedział równie cicho.
_______________________________________________
Miało być w sobotę, ale uznałam, że jak mam to wrzucę. Akcja wreszcie drgnęła, Alleluja! Mam nadzieję, że się podoba, bo - szczerze mówiąc - z tego rozdziału jestem nawet zadowolona. :)


"Just another fuckin' love story" - IX
niedziela, 25 maja 2014 • 04:06 • 1 comments

W połowie sierpnia życie Gerarda wróciło do swojego stanu początkowego – stało się na powrót idealnie nudne, monotonne i schematyczne jak wiosną, kiedy jeszcze nie miał pojęcia kim jest Frank Iero. I teraz właściwie też już nie wiedział, gdyż obrazy w jego głowie powoli zaczynały blaknąć i zanikać. Nie był pewien, czy oczy Franka są bardziej piwne, czy może jednak miodowe; nie wiedział, czy jego skóra jest alabastrowa, czy przypomina porcelanę – jedynym czego nie mógł zapomnieć był jego uśmiech. Dokładnie ten, który pospiesznie narysował pewnego majowego wieczora, tego dnia, w którym poznał Iero. I to wspomnienie tkwiło w gerardowej głowie i mimo że Way naprawdę się starał - nie mógł pozbyć się tego jednego obrazu. Obrazu, który towarzyszył mu codziennie, gdy parzył kawę, gdy pracował i gdy kładł się spać. Poza tym wszystko było w porządku i Gerard mógł powiedzieć, że jest szczęśliwy.
W tamtym okresie sporo mieszkał u Sharon. Właściwie przebywał u niej bezustannie od kiedy któregoś poranka wyszedł z domu, zostawiając Franka samego. Wrócił kilka dni później, z ulgą stwierdzając, że Iero już się wyniósł, zostawiając mieszkanie w dokładnie takim stanie w jakim je zastał. Puste, nieco zbyt chłodne, pełne pędzli i ołówków pokrytych cienką warstwą kurzu, w pewien sposób smutne, nieprzytulne, granatowo-szare i żałosne. I dokładnie tak czuł się Gerard, kiedy do niego wrócił – pozbawiony chęci do życia, przygnębiony i znudzony. Ale jeszcze wtedy nie zatęsknił za czyjąś obecnością, wtedy czuł, że wszystko wróciło na swój stary, słuszny tor i wydawało się jak najbardziej w porządku.
Skończył studia, dał się porwać wirowi pracy i mimo że program stypendialny nie wypalił, nie narzekał na brak zleceń. Wreszcie robił to, co kochał i dostawał za to tyle pieniędzy, by mógł się utrzymać. Owszem, często zarywał noce, a sińce pod oczami wydawały się na stałe przylgnąć do jego twarzy, lecz był szczęśliwy. Nie pakował się w żadne związki, nie pakował się w nowe przyjaźnie, nie pakował się w przygodny seks. Wypełniał swoje życie szarością, monotonią i nudą. Był szczęśliwy.


***

Pochylił głowę, kurczowo przyciskając zakrwawiona chusteczkę do nosa. Przymknął powieki. Czuł, że zaczyna mu się kręcić  w głowie i zbierać na wymioty. „Jeden… Dwa… Trzy… Cztery…” - zaczął odliczać, gdy nagle poczuł jak chłodne dłonie Danny’ego delikatnie opadają na jego czoło, po czym suną po policzkach, by na koniec delikatnie opleść szyję. „Pięć… Sześć… Siedem…” - lekko uniósł głowę i posłał chłopakowi blady uśmiech.

- Wszystko w porządku, Frankie? – spytał Danny, a Iero wydawało się, że dostrzegł troskę w jego oczach. – Powinieneś pójść z tym do lekarza. To zdarza się zdecydowanie zbyt często i sądzę, że może być objawem jakiejś poważnej…
- Och, przymknij się, błagam – mruknął, ponownie zamykając oczy. - To znaczy… Przepraszam, jestem po prostu trochę zmęczony – dorzucił po chwili.
- W porządku. W takim razie powinieneś się przespać.
- Nie, mam jeszcze trochę pracy, nie mogę. Wiesz, niedługo otwieramy nowy salon, trzeba jeszcze sporo dopracować i…
- Należy ci się. Chodź – przerwał Danny.

Jeżeli było coś, czego Frank nienawidził w ich związku to właśnie te chwile, w których przestawał czuć się chłopakiem Danny’ego, a stawał się jego młodszym bratem, którym koniecznie trzeba się zaopiekować, bo sam nie zrobi nawet kroku. Te chwile, kiedy Iero był traktowany jak dziecko, które w każdej chwili może zrobić sobie krzywdę, więc trzeba prowadzić je za rączkę i uważać, żeby nie potknęło się o próg. Wtedy zawsze teatralnie wywracał oczyma i wychodził, chcąc zademonstrować swoją niezależność, co samo w sobie było niedojrzałe i Frank doskonale o tym wiedział. Po prostu chciał czuć, że jest traktowany poważnie. Chciał czuć, że jest w poważnym związku, który ma przed sobą przyszłość. Nie chciał, by powracały do niego wspomnienia sprzed kilku miesięcy. Nie chciał żałować ani jednej decyzji.

- Powiedziałem, że nie. Potem. Za kilka godzin, obiecuję – wyjęczał.
- Teraz, Frankie.

Danny położył rękę na ramieniu Franka, po czym splótł ich palce i ruszył w stronę sypialni, nie obrzucając go nawet najmniejszym spojrzeniem. Odwrócił się dopiero, kiedy poczuł szarpnięcie.

- Cholera, możesz przestać traktować mnie jak dziecko? Świetnie daję sobie radę.
- Daj spokój. Przecież sam powiedziałeś, że jesteś zmęczony.
- Co nie znaczy, że musisz prowadzić mnie jak psa na smyczy! – Nieznacznie podniósł głos, a w jego oczach pojawiły się iskierki irytacji. – Sam potrafię przejść pieprzone cztery metry pomiędzy kuchnią a sypialnią.
- Jak wolisz, Frank. Tylko uspokój się i przestań krzyczeć.

Iero wciąż uparcie wpatrywał się w oczy swojego chłopaka, jak gdyby toczyli jakąś niewypowiedzianą wojnę. Ustąpił, kiedy niespodziewanie usta Danny’ego dotknęły jego szyi i złożyły na niej czuły pocałunek. Frank odchylił głowę i zamruczał cicho, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Już chciał zarzucić mu ręce na szyje i pchnąć na najbliższą ścianę, a potem zrobić z nim mnóstwo tych rzeczy, za które nie idzie się do nieba, gdy chłopak odsunął go delikatnym, lecz stanowczym gestem.

- Nie – mruknął. – Nie teraz.
- Danny, proszę… Proszę, nie rób mi tego – szeptał nerwowo, zaciskając dłonie na jego nadgarstkach.
- Byłeś zmęczony, pamiętasz?

„Robisz to, kurwa, celowo. Przysięgam, że robisz to celowo i chyba zaraz szlag mnie trafi” - myślał. Zacisnął wargi i posłał mu przepełnione irytacją spojrzenie, po czym wziął głębszy oddech. „Nie traktuj mnie jak szczeniaka. Chcę, żebyś mnie pocałował, a potem przeleciał tu, teraz, zaraz. Natychmiast”. Cały czas wpatrywał się w blondyna, jak gdyby miał nadzieję, że ten usłyszy jego myśli i nie powie niczego głupiego, co mogłoby Franka sprowokować i w efekcie doprowadzić do kolejnej kłótni.  Danny nie usłyszał, gdyż uśmiechnął się i zupełnie poważnym głosem dorzucił:

- Połóż się już, Frankie.
- A jak sobie, kurwa, chcesz – warknął.

A potem zrobił jeszcze kilka kroków w stronę sypialni, wszedł do środka i z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi. Rzucił się na zaścielone jasną pościelą łóżko i wtulił twarz w miękkie poduszki. Zaskakująco chłodny jak na tę porę roku wiatr wpadał przez uchylone okno, sprawiając, że w pomieszczeniu panował przyjemny chłód. Frank przekręcił się tak, by móc widzieć biały, lekko przybrudzony sufit. „Dziewięć… Dziesięć…” - doliczył. „Jak sobie chcesz, Danny. Jak sobie tylko chcesz” - pomyślał i przymknął powieki, modląc się, by sen nadszedł w miarę szybko. Zanim zabierze się za wspominanie.


***

- Czego chcesz, Sharon?
- Żebyś się ogarnął i porozmawiał ze mną. Nie możesz do końca życia ukrywać się w mieszkaniu i udawać, że cię nie ma. – Przerwała, by po chwili dodać –  mogę wejść?

Gerard uchylił drzwi odrobine szerzej, tak by dziewczyna mogła wślizgnąć się do pogrążonego w mroku pomieszczenia. Way patrzył jak unosi rękę i palcami muska włącznik światła, lecz natychmiast złapał ją za nadgarstek i pokręcił głową. Przeszedł kilka kroków, po czym opadł na kanapę, zupełnie zapominając, że powinien zaproponować Sharon coś do picia lub poprosić, by usiadła. Zwyczajnie nie miał na to ani siły, ani chęci, więc po cichu liczył, że jego przyjaciółka zrozumie. Dawno tak bardzo nie potrzebował samotności jak tamtego sierpniowego popołudnia. Kochał Sharon, kochał całym sercem i pewnie skoczyłby za nią w ogień, gdyby tylko chciała, ale wtedy pragnął jedynie znów zabrać się do pracy i zapomnieć o otaczającym go świecie chociaż na kilka kolejnych godzin.

- Co się z tobą dzieje, Gee? Nie mogę się do ciebie dodzwonić, w ogóle nie przychodzisz, nie odzywasz się. Przez chwilę pomyślałam, że wyjechałeś.
- Wszystko jest dobrze. Mam teraz dużo pracy. Jakoś trzeba się utrzymać – mruknął, po czym powędrował do kuchni, by zaparzyć kolejną kawę. – Mam sporo zleceń.
- Wyglądasz jak chodzące nieszczęście, wiesz? – Zignorowała jego wcześniejsze słowa.
- Dziękuję. Na ciebie zawsze można liczyć.

Poczuł jak Sharon pieszczotliwie przeczesuje jego czarne włosy i mimo że nie spojrzał na nią, czuł, że się uśmiecha. Pociągnął pierwszy łyk z kubka i przymknął powieki. „Co się ze mną dzieje?” - przemknęło mu przez głowę, lecz nie pozostało w niej na długo, gdyż z rozmyślenia wytrącił go dźwięk tłuczonego szkła.

- O cholera, wybacz Gee – jęknęła dziewczyna, pochylając się nad kawałkami rozbitego wazonu.
- W porządku, zostaw. Pozbieram później.

A potem ponownie wrócił na kanapę, na której spędził ostatnie kilka tygodni od czasu do czasu odwiedzając kuchnię, czy łazienkę. Miał gdzieś upływający czas, miał gdzieś goniące terminy, miał gdzieś Sharon i szkło na dywanie, a już najbardziej z tego wszystkiego miał gdzieś Franka Iero i jego uśmiech, który nie dawał Gerardowi spać po nocach i konsekwentnie wpędzał go w coraz głębszą depresję.

- Nie sądzisz, że powinieneś z kimś porozmawiać?

Way posłał jej pytające, niezbyt rozumne spojrzenie.

- Przecież rozmawiam z tobą – mruknął, biorąc kolejny łyk kawy.
- Miałam na myśli specjalistę.
- Nie rozumiem.
- Terapeutę, Gerard. Czy kogoś takiego. Kogoś, kto mógłby pomóc ci uporać się z tym wszystkim, pozbierać do kupy, uporządkować życie i ruszyć naprzód. To już kilka miesięcy, wiesz? Zmieniłeś się i teraz sukcesywnie się wyniszczasz. Wiesz, że masz problemy z… Sam rozumiesz. Chyba nie chcesz, żeby to wróciło?
- Błagam, powiedz, że sobie żartujesz – jego głos stał się zupełnie poważny, a oliwkowe oczy wyrażały niedowierzanie i stopniowo rosnącą irytację.
- Chcę dla ciebie dobrze. Martwię się.
- Bez powodu.

„Zamknij się, Sharon. Jeszcze słowo i przysięgam, że wyjdę z siebie”.

- Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, Gerard.

„Pieprzysz”.

- Wiem, Sharon. Dziękuję.

A potem usiadła obok i krótko pocałowała go w pobladłe usta, dłonią sunąc po chłodnym policzku. Na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech, a w oczach zatańczyły radosne ogniki. Nie powiedziała już nic więcej, lecz wstała i wolnym krokiem, jak gdyby czekając aż Gerard ją zatrzyma, podeszła do drzwi. Rzuciła jeszcze krótkie „trzymaj się”, a potem zostawiła Waya samego ze swoimi myślami.


***

Wrzesień rozpoczął się chłodno i deszczowo, ale Frankowi to nie przeszkadzało – całkiem lubił wilgotne powietrze, kałuże i żółknące na drzewach liście. Całkiem lubił wszechobecną szarość i nijakość. Lubił wszystko poza silnym deszczem, który zaczął padać zaraz po tym jak zatrzymali się na stacji benzynowej, żeby chwilę odpocząć po kilkugodzinnej drodze. Wygramolił się z samochodu i wziął głęboki oddech. Powietrze było gorące i ciężkie, ale przyjemne. Promienie słońca delikatnie przebijały się przez grubą warstwę chmur, a wszystko wokół zdążyło już przesiąknąć wodą. Nasunął kaptur na głowę i, nie mówiąc nic Danny’emu, ruszył w stronę marketu.
Drzwi otworzyły się z cichym szumem. Wewnątrz nie było nikogo poza podstarzałą kasjerką przeglądającą jeden z kolorowych magazynów. Z głośników płynęła cicha, monotonna muzyka i czas zdawał się w tym miejscu płynąć wyjątkowo leniwie, powoli i spokojnie. Frankowi to odpowiadało. Stanowiło miłą odmianę od codziennego zgiełku, biegu i zamieszania, które wydawały się nierozłączną częścią Nowego Jorku. Kiedy przechodził pomiędzy regałami, kobieta na moment podniosła głowę, lecz kiedy upewniła się, że nie jest groźnym bandytą, natychmiast straciła zainteresowanie.
Wziął kilka puszek oranżady, paczkę chipsów i podszedł do kasy. Kiedy już miał wyciągnąć z kieszeni banknot i zapłacić, w oczy rzuciła mu się okładka jednej z gazet leżących na ladzie. Fanzin komiksowy. Duże nagłówki, dużo kolorów, kilkoro superbohaterów, których Frank nie mógł rozpoznać i nazwisko wciśnięte w róg kartki. Nazwisko, które sprawiło, że jego serce zabiło trochę szybciej.

„Gerard Way – debiut godny uwagi!”.

„Gerad Way”.

„Gerard”.

„GERARD”.

- Dziesięć. – Z zamyślenia wyrwał go szorstki głos.
- Słucham? – spytał, posyłając kobiecie nieprzytomne spojrzenie.
- Dziesięć dolarów.
- Ach, tak. Proszę doliczyć jeszcze to – powiedział, wskazując magazyn. – Dziękuję.

A potem zapłacił i wyszedł na zewnątrz, wciskając zwinięte w rulon pismo w kieszeń kurtki i nie wiedział czemu, ale czuł się jakby zrobił coś czego nie powinien. Przed samym sobą tłumaczył się tak, że wypada interesować się ludźmi, którzy kiedyś ci pomogli, szczególnie jeśli odnoszą sukcesy. Nie musiał przecież od razu do niego dzwonić lub wysyłać listu z gratulacjami. Zwykłe, uprzejme zainteresowanie.


***


- Myślisz, że twoi rodzice mnie polubią? – spytał, wpatrując się w pustą autostradę rozciągającą się przed nimi.
- Dlaczego mieliby cię nie polubić? To naprawdę mili ludzie,  a to będzie naprawdę miły weekend.
- Fajnie będzie w końcu ich poznać. Mam tylko nadzieję, że chłopaki niczego nie spierdolą pod moją nieobecność. Jesteśmy na ostatniej prostej, nie darowałbym sobie, gdyby coś nie wyszło. Włożyłem całą energię w ten cholerny salon. To już ostatnia szansa, jeśli teraz nie wypali... – urwał. – Słuchasz mnie w ogóle? – Obrzucił Danny’ego poddenerwowanym spojrzeniem.
- Oczywiście, kotek. – powiedział, po czym wolną rękę położył na udzie Franka.
- Nie, nie słuchasz. Cholera, Danny, to jest też twoja przyszłość! Mógłbyś wykazać chociaż minimalne zainteresowanie tym, z czego mamy się przez najbliższy czas utrzymywać. Dobrze wiesz, że nie dalibyśmy rady żyć ze sprzedaży twoich obrazów… To znaczy, są piękne, ale przecież sam wiesz jak jest.
- No tak, masz stuprocentową rację, słońce – mruknął, nie spoglądając na niego nawet na chwilę.

I Frank nie odezwał się już ani słowem.
Za oknem zapadł zmrok, a deszcz przestał padać. Ku uciesze Franka, powietrze stało się jakby chłodniejsze i lżejsze. Uchylił okno i wziął głębszy wdech, przymykając powieki. Czuł się zmęczony podróżą i obiecał sobie, że położy się spać od razu po przyjeździe. Fakt, trochę obawiał się nadchodzących dni – bał się, że nie polubi rodziców swojego chłopaka albo, co gorsza, oni nie polubią jego. Mimo to sam pomysł wyjazdu uważał za dobry. Ostatnio coś się między nimi psuło i Frank czuł, że potrzebują więcej przestrzeni a nowe miejsce wydawało się idealną okazją do ponownego zbliżenia się do siebie.

- Nie wiedziałem, że lubisz komiksy – usłyszał.
- Nieszczególnie. Dlaczego pytasz?

Danny wskazał fotel Franka, a kiedy Iero powędrował tam wzrokiem zobaczył pismo, które kupił jakąś godzinę wcześniej. „Musiało wypaść kiedy zdejmowałem kurtkę” – pomyślał i ledwo zauważalnie przygryzł wargę. Posłał chłopakowi przepraszające spojrzenie, gdyż – nie wiedzieć czemu – czuł się trochę winny. Nie wpadł na pomysł, że coś tak głupiego może rozpocząć kolejną awanturę.

- Jest coś o Gerardzie. Jeszcze nie czytałem, ale podobno nieźle mu idzie. Chciałem tylko sprawdzić.
- Och, więc obchodzą cię sukcesy obcego faceta?
- Nie jest obcym facetem i dobrze o tym wiesz. Pomógł mi. Myślę, że zwykłe zainteresowanie jest dość ludzkie, szczególnie, że mam u niego dług wdzięczności – prychnął.
- Jaki dług, do jasnej cholery? Koleś przenocował cię parę dni, co – pozwól, że ci przypomnę – wcale nie było konieczne, a potem pozwolił ci zniknąć ze swojego życia i nie odezwał się słowem przez cholerne kilka miesięcy. Ma cię w dupie, a ty to ignorujesz – mówił, cały czas skupiając się na drodze.
- Wyluzuj, Danny. To tylko głupi artykuł, przecież nie wchodzę mu do łóżka!

Frank westchnął z frustracją i oparł głowę na dłoni, próbując się uspokoić. Nie chciał się denerwować na Danny’ego i nie chciał, żeby kłócili się z tak błahych powodów. Już otworzył usta, żeby przeprosić, lecz tamten odezwał się pierwszy, a jego głos zabrzmiał chłodno i obco.

- Słucham?
- Powiedziałem tylko, że nie wskakuję mu do łóżka. Zobaczyłem artykuł o kimś znajomym, więc uznałem, że warto przeczytać, czy musisz robić awanturę o coś tak głupiego?
- Naprawdę nie chciałem tego wyciągać, ale nie mam cholernego pojęcia, co tak właściwie robiliście przez te kilka dni. Właściwie to jestem ciekaw, jak odpłaciłeś mu się za tę jego życzliwość.

Frank zaniemówił. Patrzył tylko z szokiem wymalowanym na twarzy, a słowa uwięzły mu w gardle.

- Czy ty sugerujesz…
- Nic nie sugeruję, Frank. Chciałbym tylko wiedzieć dlaczego bardziej obchodzi cię on niż ja.
- Danny, błagam. Wiesz, że jesteś dla mnie najważniejszy. Kurwa, daruj sobie tę żałosną gadaninę.

Przez następne kilka minut siedzieli w milczeniu i Frank już zaczął zastanawiać się dlaczego Danny nic nie mówi i czy postanowił się do niego nie odzywać. Nagle samochód zwolnił i zjechał na pobocze. Iero zmarszczył brwi i posłał chłopakowi pytające spojrzenie. Minęło kilkadziesiąt sekund, gdy Danny odezwał się ponownie, a jeśli wcześniej jego głos brzmiał obco, to teraz Frank w ogóle go nie poznawał.

- Żałosną, mówisz… - Niemal szepnął, lecz dzięki niewielkiej odległości, która ich dzieliła, Frank słyszał bardzo dobrze.
- Nie to miałem na myśli. Chciałbym tylko, żebyś bardziej mi ufał. Kocham cię, Danny.
- Ja jestem żałosny, Frank? – Zignorował go. – A kiedy ty kurwisz się na prawo i lewo, nie jesteś żałosny?! Nie byłeś żałosny, kiedy przyszedłeś jak pies z podkulonym ogonem i spytałeś, czy możesz ze mną mieszkać, bo własna matka kazała ci spierdalać?! Nie byłeś, kurwa, żałosny?! A jeszcze wcześniej, jak pozwalałeś się dymać każdemu w Nowym Jorku, żeby tylko nie wylądować na ulicy? Kto tu jest bardziej żałosny, Frankie?

W pierwszej chwili poczuł tylko szok i niedowierzanie. Na moment wstrzymał oddech, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. W głowie miał pustkę, a gardło tak suche, że nie potrafił wydusić nawet słowa. Jak mógł? Jak mógł mówić coś takiego? Zacisnął drżące dłonie na materiale spodni i spuścił głowę tak, że kosmyki włosów zasłoniły mu oczy. Bolało. Słuchanie prawdy o samym sobie z ust najbliższej osoby bolało. Przeszłość bolała, przyszłość bolała i głos Danny’ego bolał jak cholera. Spróbował się uspokoić, lecz gdy się odezwał jego głos wyraźnie drżał.

- Ja. Ja jestem kurwa żałosny, bo od osiemnastu miesięcy pozwalam ci robić ze mną co chcesz. Byłem kim tylko chciałeś i kiedy chciałeś, brałem na siebie całą winę za wszystkie kłótnie. Zawsze wracałem. I kiedy kurwa pobiłeś mnie tak, że ledwo umiałem wstać, też wróciłem. A ty robisz mi pierdolone sceny zazdrości o jedną osobę, która mi pomogła, kiedy ty nie chciałeś mnie znać, bo wmówiłeś sobie kolejną zdradę.

Powiedział to wszystko powoli, przerywając co chwilę, by niczego później nie żałować. Nie chciał go skrzywdzić, nigdy nie chciał. Chciał tylko, żeby zrozumiał. Walczył z cisnącymi się do oczu łzami i już miał dodać, że go kocha, że kocha najbardziej na świecie, i że przeprasza, gdy nagle usłyszał:

- Wypierdalaj.
- Danny… - Szepnął.
- Wypierdalaj. Nie chcę cię więcej widzieć. Nie chcę, żebyś pisał, żebyś dzwonił, masz nie przychodzić. Odeślę twoje rzeczy do salonu – mówił, nie patrząc na niego.
- Danny, proszę…
- Skończyłem.
- Przepraszam, nie chciałem. Naprawdę…
- WYPIERDALAJ. WYPIERDALAJ, FRANK – wrzasnął.

Nie zabrał niczego ze sobą. Po prostu otworzył drzwi i wyszedł, chwiejąc się.

Wypierdalaj.
Wypierdalaj.
Wypierdalaj, Frank.
Usłyszał warkot silnika i chwilę później samochód zniknął.
Wypierdalaj, Frank. Nie chcę cię więcej widzieć, Frank. Zdechnij, Frank.
Usiadł na krawężniku i ukrył twarz w dłoniach, chcąc zmusić się do płaczu, lecz kiedy łzy popłynęły już po jego policzkach, nie poczuł ulgi. Zacisnął dłonie we włosach i szarpnął. Nie bolało tak mocno, jakby tego chciał. Łzy wściekłości, bólu, upokorzenia płynęły po jego twarzy, szyi i wsiąkały w fałdy bluzy. Była chłodna, wrześniowa noc, a Frank nagle znalazł się sam w zupełnie obcym mieście, gdzieś pośrodku pustki i nie miał innego wyjścia jak tylko iść przed siebie. Dlatego wstał, przetarł oczy i, próbując zebrać się do kupy, ruszył skrajem drogi w stronę, z której przyjechali. Kiedy dotarł do miasta, zaczynało świtać.
Stał w budce telefonicznej i pustym wzrokiem wpatrywał się w urządzenie. Znał  trzy numery. Trzy numery, z których tylko jeden mógł mu w jakiś sposób pomóc -  właściciele pozostałych byli albo kilka tysięcy kilometrów stąd, albo pochodzili z przeszłości Franka, do której ten nie chciał wracać. Dlatego wybrał ten jeden, który mógł cokolwiek zdziałać. Dlatego z czołem przyciśniętym do szyby i z sercem bijącym z szybkością stada pędzących koni wsłuchiwał się w sygnał. Sekundy wydawały ciągnąć się w nieskończoność. Nawet powietrze wydawało się wolniej dostawać do jego płuc, przez co tracił oddech. Drżał na całym ciele i nie był pewien czy z zimna, czy ze strachu.

„Halo?”

- Gerard… - powiedział łamiącym się głosem. – Gerard, potrzebuję twojej pomocy.

___________________________________________________
Prawie dwa razy dłuższy niż zazwyczaj. Mam nadzieję, że nie umarliście z nudów :) Kolejny już się pisze, myślę, że będzie do końca przyszłego tygodnia.
Miłej niedzieli, kochane.





PAST

"ONE SHOT'S"